wtorek, 26 lutego 2013

9

Na początek chciałabym was poprosić o komentowanie. Chcę wiedzieć, co sądzicie o moim blogu, a nie tylko widzieć stale rosnącą liczbę wyświetleń. Piszcie co wam się mie podoba, co chcielibyście żebym zmieniła, gdzie popełniam błędy.
Jeszcze raz przepraszam, że ostatnio tak żadko wrzucam rozdziały, ale mam ostatnio bardzo dużo zajęć, wię nowe części będą się pojawiać mniej więcej co tydzień. A teraz zaprzaszam na rozdział :D


Popadałem z jednego koszmaru w następny. Budziłem się tylko po to, aby nabrać oddechu i znów zasnąć. W tych nocnych marach widywałem arenę zalaną krwią, która sączyła się z martwych ciał trybutów. Ich nieruchome oczy utkwione na zawsze w ostatniej osobie jaką w życiu widziały. W swoim oprawcy. We mnie.
Znów obudziłem się bez tchu i zlany potem. O szóstej nad ranem. Miałem za sobą całe osiem godzin męki, nie miałem sił, by podnieść powieki, jak miałem sobie poradzić na najważniejszym treningu w moim życiu?
Ostatkiem sił zwlokłem się z łóżka i wszedłem pod prysznic. Chlastałem się po plecach na zmianę lodowatą i wrzącą wodą, aby pobudzić krążenie krwi. Zmyłem z siebie wszystko. Nie tylko lepiący pot, również uczucia i myśli.
Gdy wyszedłem spod prysznica była już ósma. Pomyślałem, że warto było by coś zjeść. Ubrałem się w strój treningowy i poszedłem do jadalni. Marie już tam była.
- Też nie mogłaś spać?
- Nie da się spać, jeśli o szóstej nad ranem ktoś w pokoju obok wciąż leje wodę.
Uniosłem brwi. Jakim cudem słyszała że mam włączony prysznic?
- Twoja łazienka ma wspólną ścianę z moim pokojem. – wyjaśniła smarując sobie tosta dżemem.
- To wiele wyjaśnia. – poszedłem za jej przykładem.
Gdy kończyliśmy posiłek do jadalni weszła Mags z Fanny. Usiadły przy stole, ale żadna z nich nie kwapiła się do jedzenia. Mags patrzyła na nas zatroskanym wzrokiem, a Fanny zdawała się nie zdawać sobie uwagi z naszego istnienia tylko patrzyła przed siebie. W Kapitolu zwykle nie wstaje się tak wcześnie, zapewne jeszcze nie przywykła. Pozostała w tym stanie przez cały ranek.
Punktualnie o dziesiątej weszliśmy do windy i zjechaliśmy na salę treningową. Większość trybutów już tam była, brakowało tylko Jedynki. Nie zdziwiło mnie to. Zawodowcy z tego dystryktu znani byli nie tylko ze swoich zabójczych umiejętności, ale również z buty i złego wychowania. Jedynka weszła na salę w ostatniej chwili.
Punktualnie o dziesiątej dwadzieścia podeszła do nas wysoka, czarnoskóra, ubrana w sportowy strój kobieta. Nazywała się Atala. Po krótce wyjaśniła nam zasady treningów. Gdy tylko skończyła wszyscy rozeszli się do wybranych stanowisk. Przy każdym z nich stały tarcze i stojaki pełne najróżniejszych rodzajów błyszczącej, nowiutkiej i śmiercionośnej broni. Podszedłem prosto do trójzębów. Przyglądałem im się z zachwytem. W Dystrykcie mogliśmy zaledwie marzyć o takiej broni. Po chwili wziąłem jeden z nich do ręki. Był idealnie wywarzony, doskonale leżał w dłoni. Bez zastanowienia cisnąłem nim przez salę, do manekina oddalonego o kilkanaście metrów. Przeszył go na wylot. Gdyby był niczego się nie spodziewającym człowiekiem, na miejscu padł by trupem.
- Całkiem nieźle.
Odwróciłem się. Obok mnie, przy stanowisku z oszczepami stała wysoka, około szesnastoletnia, blondynka. Patrzyła na mnie, a po tym spojrzeniu można było poznać, że ocenia moje szanse.
- Jestem Julie. Z Dystryktu Drugiego.
- Finnick. Czwórka. – uśmiechnąłem się do niej.
- Zamierzasz wygrać?
- Chciałbym. A ty?
- To zależy. Jestem zawodowcem. Powinnam pragnąć zwycięstwa, ale właściwie jest mi wszystko jedno. – jej słowa nie pokrywały się z jej spojrzeniem. Przed chwilą w oczach miała iskierki radości, teraz- pustkę. Jakby już na tym etapie zrezygnowała z tej gry o życie. Bardzo przypominała mi pewną dziewczynę z jej dystryktu, Alice Greenlaw. To właśnie dzięki niej wciąż mam siostrę. W czasie Igrzysk poświęciła swoje życie, by uratować Rosalie.
- Pokaż co potrafisz – Jeszcze raz się do niej uśmiechnąłem. Postanowiłem, że się z nią zaprzyjaźnię.
Zaczęła miotać oszczepem. Trafiała nawet w najodleglejsze cele. Umiała też doskonale walczyć wręcz. Po kilku minutach znów podjąłem trening. Gdy przyszła pora na lunch zgodnie pomaszerowaliśmy do jadalni. Tam usiedliśmy przy stole razem z Marie i chłopakiem z dystryktu Julie – Derikiem. Był wielki jakby na śniadanie, obiad i kolację jadł tylko sterydy. Wzrostem prawie dwukrotnie przewyższał Marie. Mimo swego groźnego wyglądu okazał się być całkiem miły. W ciągu pół godziny dowiedzieliśmy się, że najlepiej walczy mieczem, choć radzi sobie też z nożem i oszczepem. Poza tym, jego największymi atutami niewątpliwie były waga i siła. Mógł by zwalić mnie z nóg posługując się tylko jedną ręką.
- Chciałbym zaproponować wam sojusz. – powiedziałem, gdy wszyscy zaczęli wstawać od stołu. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.
- Pewnie. – powiedziała Marie.
- Czemu nie. – gdy Derik również się zgodził, bardzo mi ulżyło. Nie chciał bym mieć go za wroga.
- Oczywiście, że tak. – Julie znów wydawała się być szczęśliwa. –Spróbujemy jeszcze z Jedynką, czy nie?
- Jedynka właśnie zawarła przymierze z Siódemką. – zauważyła Marie.
- W takim razie te Igrzyska będą pełne wrażeń. Aż dwa zawodowe sojusze!
- Dlaczego nie moglibyśmy spróbować sprzymierzyć się też z nimi?
- Znasz moją siostrę, Marie?
- Oczywiście.
- Po tym, co stało się na jej igrzyskach, nie mógł bym się sprzymierzyć z Siódemką.

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

niedziela, 17 lutego 2013

8

Na początek chcę wam podziękować. Jest was coraz więcej, a rosnąca liczba wyświetleń motywuje mnie do dalszej pracy. Wiem że długo nic nie dodawałam, ale każdemu może się zdarzyć dłuższy brak weny twórczej, a poprostu nie chciałam wrzucić czegoś, co nie spodoba się ani mnie, ani wam.
Teraz przechodzimy do razdziału :D
_______________________________________
Gdy tylko zeszliśmy z rydwanu Fanny od razu zaatakowała nas swoimi całusami i czułymi słówkami.
- Byliście absolutnie przewspaniali! Cudowni! – nasza opiekunka zachowywała się jak jeden z tych małych, wiecznie podrygujących piesków które niektórzy ludzie trzymają w domu. Mags też uśmiechała się do nas z aprobatą.
Poszliśmy do windy i wjechaliśmy na czwarte piętro.
- Tutaj są wasze pokoje. – Fanny wskazała na drzwi po prawej stronie korytarza. - Odświeżcie się przed kolacją.
Wszedłem do pokoju. Był przestronny i cały w różnych odcieniach niebieskiego. W łazience zmyłem z siebie całą farbę. Wyszedłem z pod prysznica i oparłem się dłońmi o umywalkę. Do tej pory, gdy patrzyłem w lustro, widziałem dość przystojnego, beztroskiego czternastolatka. Teraz wyglądałem, jakbym był o klika lat starszy. To niesamowite, jak jeden dzień może zmienić człowieka.
Wyszedłem z łazienki i usiadłem na łóżku. Jednak nie poczułem się lepiej. W tym pokoju wszystko było zbyt poukładane, zbyt porządne. Ilu trybutów spało na tym łóżku na którym ja siedziałem? Czy była wśród nich moja siostra? Jak zginęli? Nie znałem odpowiedzi na te pytania. gwałtownie zerwałem się z miejsca i chwyciłem w dłoń wazon z kwiatami który stał na szafce nocnej. Zamachnąłem się i cisnąłem nim o przeciwległą ścianę. Rozbił się na milion malutkich kawałeczków. Niektóre z nich wbiły się w moją skórę, jak kawałki lodowego zwierciadła z bajki o Królowej Śniegu. Z niektórych ran popłynęła gęsta, czerwona krew. Nie przejąłem się tym. Usłyszałem płacz. Płacz dwunastolatki.
Zapukałem do drzwi pokoju Marie. Nie odpowiedziała, ale mimo to wszedłem. Siedziała na podłodze. Mała i skulona, co chwilę wstrząsana gwałtownym płaczem.
Nie wiedziałem jak się zachować. Przyklęknąłem obok niej i chwyciłem jej rękę.
- Marie?
Nie odpowiedziała.
- Marie? Co się stało?
- T…to nic takiego. Tylko właśnie sobie uświadomiłam, że naprawdę dwadzieścia trzy osoby zginą w ciągu najbliższych kilku tygodni. – wżęła głęboki oddech – i że jedną z tych osób będę ja.
Podniosła głowę i spojrzała mi w oczy.
- Przeżyje tylko jedna osoba z dwudziestu czterech. I wiesz co, Finnick?
- Tak, Marie?
- Mam nadzieję, że to będziesz ty.
Zaschło mi w ustach. Wstałem i pociągnąłem ją za sobą. Razem poszliśmy do jadalni. Czekała tam na nas Mags, Fanny, nasi styliści i stół pełen jedzenia. Usiedliśmy i zaczęliśmy jeść. Apetyt mi nie dopisywał. Słowa, które wypowiedziała Marie spowodowały że nie byłem w stanie nic przełknąć. Analizowałem je. Bezustannie zastanawiałem się czy żartowała, czy była szczera.
Gdy reszta skończyła jeść, jedna z awoks włączyła telewizor. Na paradzie wypadliśmy całkiem nieźle. O wiele lepiej niż się spodziewałem. Ludzie nas pokochali. Byliśmy młodzi, piękni, wyglądaliśmy na odważnych i gotowych do walki. To się podobało kapitolińczykom.
Gdy transmisja się skończyła, a Fanny sobie poszła, głos zabrała Mags.
- Jutro macie pierwszy dzień treningów. Poszukajcie sobie sojuszników, poćwiczcie, poobserwujcie innych. To, z kim się teraz dogadacie może zadecydować o waszym życiu. Wyśpijcie się. Musicie mieć jutro dużo siły.  

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

wtorek, 29 stycznia 2013

7

Po chwili podeszła do mnie awoksa która podała mi srebrno-czarne spodnie z sztucznego materiału. szybko je założyłem i poszedłem za nią do jakiegoś dużego pokoju. Przy stole siedziała jakaś elegancka, choć niezbyt już młoda kobieta. Domyśliłem się, że to moja stylistka.
- Witaj, witaj! - powiedziała przyjaźnie. Chyba wciąż patrzyłem na nią dość niepewnie, bo powiedziała:
- Spokojnie! Nie jestem tak strachliwa jak tamta trójka. Mam wieloletnie doświadczenie w obchodzeniu się z trybutami.
    - Jesteś bratem Rose? Moja starsza siostra ubierała jej partnera, ja zaczęłam dwa lata później. Pamiętam, że świetnie wyglądała w stroju nimfy wodnej… Ale przejdźmy teraz do twojego stroju. Trybutów z twojego dystryktu zwykle przebieramy za rybaków lub inne tego typu osoby. Ale w tym roku postanowiliśmy przebrać was za - tu zarobiła pauzę - za ryby.
- Słucham?! - O mało co nie wyplułem całej kawy którą właśnie miałem w ustach.
- Za ryby. - Powtórzyła dobitnie. Była wyraźnie zadowolona z wrażenia jakie wywarły na mnie jej słowa.
- Mamy już tylko cztery godziny… nie dobrze. No ale trudno, muszę zdążyć… stań proszę tutaj. Zaraz namaluję ci na skórze łuski, dadzą bardziej spektakularny efekt. - To mówiąc wzięła do ręki malutki pędzel i zaczęła malować. Po półtorej godzinie całe moje plecy, ręce i tors aż po szyję pokrywały delikatne, cieniutkie czarne kontury rybich łusek. Następnie Naeke zaczęła je wypełniać masą różnych kolorów których nawet nie umiem nazwać. Po około trzech i pół godzinie moja stylistka uznała że jestem gotowy i mogę spojrzeć w lustro. Przejrzałem się. Wyglądałem jak idiota, ale byłem w Kapitolu - to musiało się ludziom spodobać. Ogólnie przypominałem jedną z tych błyskotek które Rosalie i Annie nosiły na szyi.
- Jak ci się podoba?
- Yyyy… No cóż… Sam nigdy bym się tak nie ubrał, ale jeśli sądzisz, że jest ok, to ja się z tobą zgadzam… - powiedziałem niepewnie.
- Świetnie. Mamy jeszcze pół godziny, więc możemy zejść na dół.
- Dobrze. - Odpowiedziałem krótko i ruszyłem za nią w kierunku windy. Zjechaliśmy na przedostatnie piętro. Była tam duża sala w której rzędem stało dwanaście rydwanów w które zaprzągnięte były konie najróżniejszych ras i maści. Domyśliłem się, że nasz jest czwarty z powozów. Był pomalowany na kolor zielono-błękitny. Kolor moich oczu. Miały go ciągnąć dwa siwe kuce. Od opiekuna tych zwierząt dowiedziałem się, że nazywają się Idylla i Galetta. Szczególnie zaprzyjaźniłem się z Idyllą, która przyjaźnie trącała mnie nosem jakby chciała zwrócić na siebie moją uwagę. Zrozumiałem o co jej chodzi. Chciała kostkę cukru. Poczęstowałem ją, a po chwili sam zjadłem kilka.
Gdy się zmęczyłem usiadłem na skraju podestu rydwanu i rozejrzałem się po sali. Byli w niej już prawie wszyscy trybuci. Kilku osiemnastolatków z wyższością patrzyło na resztę przestraszonych dwunastolatków którzy bardzo intensywnie przyglądali się swoim butom. Poczułem, że muszę się od tego odgrodzić. Oparłem się o ścianę i przymknąłem oczy. Czas zaczął zwalniać, a wszelkie dźwięki się oddalać, gdy nagle…
- A cóż ty wyrabiasz, Finnicku Odairze? Śpisz?! To absolutnie niedopuszczalne! Nie życzę sobie, żebyś mi ziewał w czasie parady! Na oczach prezydenta… - Fanny zaczęła na mnie wrzeszczeć ni z tego ni z owego, więc w ogóle nie myślałem co mówię
- Tam jest teraz pełno ludzi któży tylko czekają na moją śmierć! Myślisz, że chce mi się dostarczać im rozrywki?!
- Jesteś dokładnie taki sam jak twoja siostra! Krnąbrny i bezczelny. - Nawet nie wiedziała jaką przyjemność sprawiła mi tym stwierdzeniem.
- Wsiadaj szybko na rydwan, Finnick. - Powiedziała Naeke na tyle spokojnym tonem na jaki ją było stać.
Wszedłem na rydwan, obok mnie stanęła Marie w pięknej sukience. Przybrała minę podobną do mojej. Zaciśnięte szczęki, wysunięty podbrudek, głowa dumnie uniesiona, ramiona wyprostowane, oczy wpatrzone w jeden odległy punkt, nieuchwytny cel naszej podróży. Gdy ktoś ją teraz widział, zauważał to co na zewnątrz - drobną, kruchą dwunastolatkę z zaciętą miną. Ale ja znałem ją ze szkoły i z obowiązkowych treningów sportowych. Mogła być śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem i bez większych problemów dałaby radę wygrać igrzyska. Gdyby tylko chciała. A nie chciała. Była przedostatnia z czwórki rodzeństwa. Jej dwaj starsi bracia - Harry i Arnold - zginęli w igrzyskach w poprzednich latach. Najmłodsza, zaledwie dwuletnia Bella była oczkiem w głowie rodziców, którzy kompletnie się załamali po stracie dwu najstarszych dzieci. Marie była zaniedbana i pozostawiona sobie, nie miała po co żyć więc Igrzyska były świetnym sposobem by się z życiem rozstać.
Wyjechaliśmy na długą drogę zaraz za rydwanem trybutów z Trójki. Kątem oka obserwowałem zachowanie innych. Jedynka stała niespokojnie i starała się sprawiać groźne wrażenie, ale niezbyt im to wychodziło bo była to tylko para wystraszonych trzynastolatków. Dwójka wesoło się uśmiechała i machała do widzów. Trójka miała raczej mętne miny i zdawała się być jakaś przygaszona. Tyle zdążyłem zaobserwować nim rydwan stanął a na podium wszedł prezydent Snow. Powitał go głośny aplauz publiczności.
- Witajcie w Kapitolu, odważni trybuci! - Prezydent zaczął swoją bardzo długą i monotonną przemowę. Nie słuchałem jej, wyłączyłem się na wszystkie dźwięki.
- Szczęśliwych Igrzysk Głodowych! - Zaczął Snow.
- I niech Los zawsze wam sprzyja! - dokończył po nim tłum. W tej samej chwili rydwany zawróciły i konie pogalopowały w kierunku sali z której tu przyjechaliśmy.

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

niedziela, 27 stycznia 2013

6

Fanny zaprowadziła nas do sali pełnej rojących się wokół nas awoks. Zostałem zaprowadzony do jakiegoś stanowiska i odgrodzony od innych parawanem. Przez chwilę nie wiedziałem, co się dzieje, ale uprzytomniłem sobie, że dziś wieczorem ma się odbyć parada trybutów do której trzeba nas przygotować. Usiadłem na stole który uderzająco przypominał stół operacyjny w szpitalu w czwórce, gdzie kilka lat temu miałem wycianany wyrostek robaczkowy.
- Witaj- podeszła do mnie trójka kapitolińczyków o kolorowej skórze i włosach. Nie ukrywam, że zdziwiło mnie to powitanie, ponieważ w dystrykcie mówi się, że choć kapitolińczycy bardzo lubią trybutów, to boją się ich i zdecydowanie unikają bliższych kontaktów. Szczególnie jeśli trybutem jest chłopak. Na siłę robiono tu z nas bezwzględnych morderców, dziewczyny zaś miały być słodkie i śliczne ale równie inteligentne i zabójcze co chłopcy.
-Dzień dobry- odparłem spokojnie. Wywarło to na nich niesamowite wrażenie. Chyba nasi trybuci nie rozpieszczali ich w ostatnich latach. Ale w końcu jesteśmy zawodowcami, więc to dobrze, że ludzie się nas boją. Od małego jesteśmy uczeni aby bezwzględnie i z zimną krwią zabijać każdego, kto wejdzie nam w drogę na arenie.
Spokojnie poddałem się wszystkim zabiegom pielengnacyjnym. Po około dwóch godzinach, gdy zacząłem już przysypiać, ekipa przygotowawcza wyszła za parawan.

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

czwartek, 24 stycznia 2013

5

Rano obudziłem się leżąc na podłodze obok okna. Byłem cały obolały, ale wstałem i szybko zarzuciłem na siebie świerzą koszulę i spodnie.
Wyszedłem z przedziału i poszedłem do wagonu jadalnego. Nikogo tam nie było. Podeszła do mnie jakaś awoksa.
-Skończyli już jeść?-spytałem, choć znałem odpowiedź.-Gdzie jest Fanny?- spojrzała na mnie obrażonym wzrokiem, Westchnąłem- Zaprowadź mnie. -Ruszyliśmy korytarzem ku pokoju na samym jego końcu. Nie zapukałem, po prostu wszedłem.
-Co nas czeka w Kapitolu?
-Oh! Same przyjemności! Upiększanie, parada trybutów, treningi. Wszystko tam jest takie wspaniałe!
-A dalej? -Zachowałem grobową minę, choć Fanny była cała w skowronkach.
-Igrzyska głodowe! I niech los zawsze ci sprzyja Finnicku!
-Chrzań się z tym swoim losem, Fanny!- Wyszedłem i trzasnąłem drzwiami. Łzy napłynęły mi do oczu. A co, jeśli zginę na arenie? Jeśli nigdy już nie zobaczę Annie, nie porozmawiam z nią?
Pobiegłem korytarzem do swojego pokoju, zatrzasnąłem drzwi i rzuciłem się na łóżko. Wiedziałem, że niedługo będziemy w Kapitolu i powinienem doprowadzić się do porządku, ale ledwo mogłem się ruszyć.
-Ubierajcie się kochani!- głos Fanny znów popłynął z głośników. - Za pół godziny wjedziemy do Kapitolu!
Zwlekłem się z łóżka i zmieniłem koszulę, bo ta którą miałem teraz na sobie była cała mokra od łez. Obmyłem też twarz w lodowatej wodzie. to postawiło mnie na nogi. Stanąłem przy oknie. patrzyłem na zbliżające się miasto które w świetle poranka zdawało się jaśnieć jakimś niesamowitym, niebiańskim blaskiem. Ale było to miasto grozy. Odwróciłem twarz od okna i wyszedłem z pokoju. stanąłem koło drzwi spodziewając się w każdej chwili zobaczyć kolorowy tłum kapitolińczyków którzy co roku w ogromnych ilościach przybywali na stację, aby zobaczyć tych którzy niedługo mają zginąć na oczach i  ku uciesze całego miasta.
Obok mnie stanęła Fanny z Marie i Mags. Bałem się. Bałem się, że zawiodę wszystkich którzy tak czekali na mój powrót. Obawiałem się nie spełnić nadziei całego dystryktu. Oni wszyscy wiedzieli, że jestem silny. Nie mieli tak dobrego trybuta od lat. Wiedziałem, że mogę wygrać- ale czy mi się uda?
Pociąg nagle się zatrzymał. Drzwi powoli się otworzyły. Marie nieśmiało się uśmiechnęła, ale ja wciąż nie mogłem się do tego zmusić. Wyszliśmy z pociągu. Szedłem spokojnie ale zdecydowanie i nerwowo zaciskając szczęki. Nie rozglądałem się wokoło.
Mags wepchnęła nas do samochodu który natychmiast ruszył z zawrotną prędkością. Przez całą drogę do ośrodka treningowego miałem w głowie kompletną pustkę. Gdy wysiedliśmy, wreszcie rozejrzałem się wokoło. To tu, w tym surowym, prostym w budowie budynku miałem spędzić najbliższe, może ostatnie, tygodnie mojego życia. Prychnąłem. ”To takie bezsensowne! Jakim prawem Kapitol ma decydować o moim życiu lub mojej śmierci?!” Zrodził się we mnie bunt, ale jednocześnie bezsilność. Wiedziałem, że z Kapitolem nie ma sensu walczyć. Nie przyniosło by to niczego dobrego. Byli tacy którzy próbowali się przeciwstawiać władzy Kapitolu i bardzo marnie skończyli.  

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

wtorek, 22 stycznia 2013

Dziś jeszcze kolejnego rozdziału nie będzie, ale mam do zareklamowania potrójny blog. Pisany z perspektywy trzech trybutek: Isabelle z D1, Alice z D2 i Rosalie z D4. Oto linki:
http://d4-56th-hunger-games.blogspot.com/
http://d2-56th-hunger-games.blogspot.com/
http://d1-56th-hunger-games.blogspot.com/

Z góry dziękuję za odwiedzanie :D

poniedziałek, 21 stycznia 2013

4

Wtedy przyszła nasza opiekunka i zabrała mnie na stację. Szybko weszliśmy do pociągu i rozeszliśmy się do przedziałów które wskazały nam awoksy. Głos Fanny dochodzący z głośników poinformował nas, że o siedemnastej spotkamy się wszyscy na kolacji. Do tego czasu mieliśmy czas dla siebie. Szybko poszedłem do łazienki. Nigdy nie widziałem tak eleganckiej i wygodnej łazienki. Uwielbiam wodę, jest stałą częścią mojego życia, więc i wszystko co z nią związane również jest dla mnie interesujące. Wszedłem pod prysznic i około pół godziny stałem pod lodowatą wodą. Oczyściło to moje myśli i rozjaśniło plan działania. Po pierwsze nie mogę się z nikim zaprzyjaźniać. Żaden trybut nie jest moim prawdziwym przyjacielem, tylko czyha na chwilę mojej słabości-żeby ją wykorzystać i mnie zabić. Mam tylko jednego przyjaciela i jest nim Annie. Czeka na mnie, więc muszę wygrać. Dla niej.
Ubieram się zpowrotem w moje znoszone ubranie i nagle przypominam sobie, że Annie włożyła coś do mojej kieszeni. To ręcznie robiona bransoletka ze sznurka i jakaś kartka. ” Możesz nie wrócić. Zrozumiem Annie. ” Zgniotłem ją i włożyłem zpowrotem do kieszeni. Podszedłem do okna i spojrzałem na ruchomy obraz za nim. Był taki monotonny… Wychodzę z przedziału i wiedziony przeświadczeniem, że zbliża się pora posiłku. Po drodze spotkałem Fanny, bardzo zadowolona z tej naszej ” wesołej wycieczki”. Gdy ostatnia osoba weszła do wagonu, Fanny wstała od stołu.
-Witajcie moi kochani! Chciałabym, żebyśmy dla naszej wspólnej przyjemności się poznali. Ponieważ panie mają pierwszeństwo Marie przedstawi się pierwsza.
Marie-drobniutka dziewczynka-wstała.
-Jestem Marie, mam dwanaście lat i jadę na igrzyska.- Usiadła, a ja wstałem.
-Nazywam się Finnick. Mam czternaście lat i jadę na igrzyska, aby wygrać.-Gwałtownie usiadłem.
-Bardzo ambitnie, Finnick, bardzo.- Fanny uśmiechnęła się do mnie. Nie uznałem za stosowne aby odwzajemnić ten uśmiech. - To jest wasza mentorka Mags. Wygrała jedne z pierwszych igrzysk. Dobrze. Skoro wszyscy się już znamy możemy zasiąść do wspólnej kolacji.
Do wagonu weszło kilka awoks. Postawiły na stole więcej jedzenia niż widziałem w całym moim życiu. Spokojnie zabrałem się do jedzenia. Nie zdarzało mi się głodować-w przeciwieństwie do Marie. Ona rzuciła się na jedzenie, ja nie byłem w stanie nic przełknąć. Bez słowa patrzyłem w okno i ciągle myślałem co też porabia Annie. Czy kładzie się właśnie spać? Może czyta książkę albo siedzi na plaży?
Po pół godzinie wszyscy skończyli jeść i zaczęliśmy oglądać dożynki ze wszystkich dystryktów. Niektórzy z trybutów wyglądali na bardzo zawziętych.
-Możecie się już rozejść.-powiedziała Fanny- Jutro o dziewiątej spotykamy się na śniadaniu a około dwunastej dojedziemy do Kapitolu.
Wyszedłem z wagonu. Szybkim, żołnierskim krokiem poszedłem do mojego pokoju. Przysunąłem mały taboret do okna i patrzyłem na migające za nim pola i lśniące w świetle księżyca rzeki.

CZYTASZ = KOMENTUJESZ