środa, 24 kwietnia 2013

12.

Wróciłam. Po waszych dość licznych komentarzach, wróciłam. Ale wciąż nie jestem do tego przekonana, więc liczę na waszą aktywność. Rozdział taki sobie, ale jest :)

_______________________________________________________________________________

10 punktów. Byłem w szoku. Nie liczyłem na tak wysoką notę. Dawała mi ona, w połączeniu z moimi umiejętnościami, realną szansę na zwycięstwo.

- Teraz sponsorzy będą się o nas bić - Marie mrugnęła do mnie, i odeszła. Po chwili ja również wstałem.
Wesołe krzyki Fanny, Mags i stylistów mnie męczyły. Miałem za sobą nieprzespaną noc. Postanowiłem się wyspać.

Leżałem patrząc w sufit. Znów nie mogłem zasnąć. W głowie miałem pustkę. Żadnych uczuć, żadnych myśli. Nic. Czarna dziura. Po prostu tępo gapiłem się w sufit. Całą noc. Znowu.

Rano działałem jak maszyna. Wstałem, wźąłem prysznic, ubrałem się, zjadłem śniadanie. Nie zwracałem uwagi na to, co działo się wokół mnie. Ani na wesoły śmiech Marie, ani na Mags mówiącą coś o naszym planie dnia, ani na niemiłe komentarze Fanny które rzucała pod moim adresem. Wszystko dochodziło do mnie z opóźnieniem, jakbym był oddzielony od świata grubą szybą. Byłem tylko ja i mój brak myśli.

Nagle zauważyłem, że Fanny i Marie wstają od stołu i wchodzą do pokoju naszej opiekunki.

- Co się stało? - zapytałem, jeszcze dość nieprzytomny.

- O czym mówisz?

- Nieważne. Co my mamy dzisiaj wogóle robić? Treningów już nie ma, prawda?

- Nie, nie ma ich. Wieczorem będą wywiady z Caesarem. Musimy was do nich przygotować. Najlepiej od razu bierzmy się do pracy.

- A na czym te całe przygotowania miałyby polegać?

- Zaraz zobaczysz. Finnick, jesteś jednym z młodszych uczestników tegorocznych Igrzysk. Sądzisz, że mimo to masz szansę na wygraną?

- Słucham?

- Ja zadaję pytania ty odpowiadasz. Dowcipnie, z uśmiechem. Jesteś optymistą, zawodowcem o zabójczych umiejętnościach.

Postpały się pytania. Mags odpytywała mnie z każdego możliwego tematu. Jak mi się podoba Kapitol, życie w dystrykcie, rodzinę, Annie, Rose, ulubiony rodzaj broni, jak oceniam swoje szanse i wiele innych. Gdy ze mną skończyła byłem wyczerpany.

Po obiedzie poszedłem do Fanny.

- Podejdź do mnie. - zakomenderowała. Zrobiłem co kazała. Wciągnąłem na siebie elegancki garnitur i koszulę. Łaziłem w tą i spowrotem po pokoju. Odpowiadałem na kolejną porcję pytań. Używałem kwiecistego, wszukanego, Kapitolijskiego języka. Fanny nie miała mi nic do zarzucenia. Po kilku godzinach po prostu kazała mi oddać garnitur i wysłała mnie do stylistki.

Znów zaczęło się piekło. Przymiarki, poprawki, doszywanie, odpurwanie i zachwycanie się nad moim ostatecznym wyglądem. To wszystko doprowadzało mnie do szału. Ale było nieodzowną częścią Igrzysk.

- Półdziemy teraz do studia. Denerwujesz się? - spytała Naeke.

- Nie mam czym. Jestem dobrze przygotowany.

- To dobrze. Pewność siebie to podstawa.

Weszliśmy za kulisy sceny. Kręciło się tam pełno ludzi. Wszyscy trybuci stali w szeregu pod ścianą.

"Jak do odstrzelenia" pomyślałem, ale stanąłem obok Marie.

Nagle ułyszeliśmy oklaski publiczności i śmiech Caesara. Na scenę wyszła dziewczyna z Jedynki. Była ubrana w piękną białą sukienkę i srebrne sandałki. Kasztanowe włosy miała spięte w luźny kok na czubku głowy. Miała mniej więcej szesnaście lat. Publiczność była zachwycona. Na pytania dziewczyna odpowiadała szybko i bez namysłu, ale logicznie i spójne. Zrobiła bardzo dobre wrażenie.

Chłopak z Jedynki wyglądał komicznie w białym, błyszczącym garniturze. Włosy miał nażelowane tak, że świeciły się bardziej od garnituru. W Kapitolu taki wygląd musiał uchodzić za szczyt elegancji, bo publika wprost oszalała. Jego wypowiedzi nie były jednak powalające. Mówił zwięźle, ale odbiegał od tematu.

Julie wyglądała niesamowicie w krótkiej, czerwonej sukience i czarnych szpilkach. Jej zaczesane na bok bląd włosy falami opadały na ramię. Uśmiechała się, mówiła szybko i zwięźle. Żartowała. Ale pokazała też, że jest Zawodowcem. W jej oczach można było dostrzec te charakterystyczne mordercze błyski.

Derik sprawiał przerażające wrażenie. Sportowy garnitur był na niego minimalnie za wąski, materiał opinał mu się na ramionach. Mówił niewiele. Patrzył  spodełba. Jego budowa góry lodowej tylko pogłębiała to wrażenie.

Dziewczynka z Trójki, drobna trzynastolatka zaprezentowała się zaskakująco dobrze. Wyglądała uroczo w skromnej zielonej sukience i prostym warkoczu. Z uśmiechem wspominała dom, opowiadała anegdoty. Jej śmiechem nie sposób było się nie zarazić.

Trzybut z Trójki nie wypadł tak dobrze jak jego koleżanka. Jąkał się i plątał ze własnych wypowiedziach. Miał na sobie nie dopasowany, fioletowy garnitur. Chłopak stwarzał ogólnie słabe wrażenie. Nie był materiałem na zwycięzcę.

Na scenę zgrabnie wmaszerowała Marie. Miała na sobie zwiewną niebieską sukienkę, białe baletki a włosy luźno puszczone na plecy. Caesar natychmiast zasypał ją pytaniami o braci. Z pewnością nie była tym zachwycona ale nie dała tego po sobie poznać. Była opanowana i uśmiechnięta.

Przyszła moja kolej. Czułem się pewnie, wiedziałem, że jestem dobrze przygotowany.

- Witaj, Finnicku. Jesteś bratem Rosalie Odair, zwyciężczyni 56. Głodowych Igrzysk, prawda?

- Tak, to prawda.

- Masz zwycięstwo we krwi. Myślisz, że uda ci się zwyciężyć?

- Mam taką nadzieję.

- Możesz się pochwalić jakimiś szczególnymi umiejętnościami? Czymś co cię wyróżnia?

- Cóż... myślę, że o tym wszyscy się przekonają już na arenie.

- A czy jest ktoś specjalny, do kogo chciałbyś wrócić? Może jakaś dziewczyna?

- Mam rodzinę, przyjaciół... to dość dużo osób. Ale nie ma wśród nich nikogo, kto byłby najważnieszy, ponad wszystkimi innymi.

- Rozumiem. Powodzenia, Finnicku. I niech los zawsze ci sprzyja! - Uścisnęliśmy sobie dłonie i zszedłem ze sceny.


CZYTASZ = KOMENTUJESZ

niedziela, 21 kwietnia 2013

ZNIKAM

Rozdziału nie będzie. Nie dzisiaj i raczej nie jutro. Nie wiem czy wogóle nie usunę bloga, mam wrażenie że nikt go nie czyta. Przepraszam jeśli was, ewentualnych czytelników, zawiodłam. Chciałam wam oddać cząstkę siebie, w postaci FanFicka o Finnicku, ale ponieważ świat rzuca mi kłody pod nogi to się wycofam. Jeszcze nie usuwam, ale zawieszam bloga. Wrócę, kiedy będę się czuła na siłach. Będę lepsza i silniejsza. Obecnie czuję się coraz słabsza, rozdziały są gorsze, piszę po dwadzieścia wersji każdego. Więc znikam.

Jeszcze raz przepraszam.

Jeśli znajdzie się choć kilka osób, które będą chciały czytać gdy wrócę, proszę o napisanie tego w komentarzu. Jeśli nie czytacie, nie wrócę. Usunę bloga.

Olga.

niedziela, 7 kwietnia 2013

11.

Z dedykacją dla Ali i Alicji, które wciąż znoszą moje narzekania i napady histerii, i które są niezstąpionymi doradcami do spraw "The great winner'a".

Dziękuję wam, że jesteście.
__________________________________________________________________________________

W głowie nie miałem żadnych myśli. Tylko pustkę. Otaczająca mnie cisza dzwoniła mi w uszach.

Ocknąłem się z tego otępienia dopiero rano, tuż przed śniadaniem. Wstałem, wżąłem szybki prysznic i powędrowałem do jadalni. Fanny rzucała wokoło płochliwe spojrzenia. Marie krztusiła się ze śmiechu. Nasza opiekunka wyglądała rzeczywiście dość komicznie. Tylko Mags zachowała powagę.

- Chciałam porozmawiać z wami o tym wczoraj przy kolacji, ale niestety nie daliście mi szansy. Jak wiecie, dziś odbędą się pokazy przed organizatorami. Chciałabym wiedzieć, co im zaprezentujecie. Marie?

- Noże. Ewentualnie zastawię jakąś pułapkę. A ty, Finnick?

- Trójząb i łuk. – Odpowiadam i wstaję od stołu. Samotnie wsiadam do windy i zjeżdżam do sali treningowej.

Przez cały czas do nikogo się nie odzywałem. W milczeniu wylewałem z siebie siódme poty. Gdy przyszedł czas na lunch ostatkiem sił dowlokłem się do jadalni.

- Ciężki ranek?

Z zamyślenia wyrwał mnie głos Julie. Usiadła koło mnie i poklepała mnie po ramieniu a ja rzuciłem jej mordercze spojrzenie. Ona jak gdyby nigdy nic zjadła swój posiłek i ruszyła w kierunku korytarza. Mieliśmy tam czekać na swój pokaz.

Wywoływano nas po kolei. Najpierw chłopak, później dziewczyna. Dystrykt Pierwszy, Drugi, Trzeci. Przyszła moja klej.

- Powodzenia, Finnick. – Marie rzuciła mi nieśmiały uśmiech.

Wmaszerowałem do sali a głowy organizatorów zwróciły się w moją stronę. Nie zwarzając na nich podszedłem do stanowiska łuczniczego. Kilka celnych strzałów do słomianej kukły. Nic trudnego. Zwróciłem się ku trójzębom. Leżała w dłoni idealnie. Wykonałem szybki obrót o 180 stopni i posłałem broń do celu oddalonego o jakieś 25 metrów.

- Mój rekord – Zamruczałem pod nosem i wyszedłem z sali.

Gdy wreszcie dotarłem na czwarte piętro, byłem tak wykończony, że padłem na łóżko i zasnąłem.

Byłem na plaży. Siedziałem na brzegu morza i patrzyłem w dal. Zastanawiałem się, czy tam daleko, za horyzontem jest inny świat. Świat w którym nie ma Kapitolu, dystryktów i Igrzysk. W którym kilkuletnie dzieci nie umierają z głodu, jeśli same nie zdobędą sobie jedzenia.

Obok mnie ktoś usiadł. To Annie. Tylko ona i Rose znały to miejsce. Odwróciłem głowę. Annie miała nie więcej niż sześć lat. Była taka drobna i krucha.

- Ona już nie wróci prawda? – moja przyjaciółka zaczyna rozmowę.

- Rosie? Nie. Ona już nigdy nie będzie sobą.

- Była zawsze taka kochana… Nienawidzę Kapitolu!

- Nie mów tak głośno, ktoś mogę cię usłyszeć!

- Niby jak – posłała mi kpiące spojrzenie. – jesteśmy za granicą dystryktu, nikt tu nie przychodzi.


- Finnick! Finnick, wstawaj! Zaraz będzie ogłoszenie wyników!

Zerwałem się z łóżka. Przede mną, z założonymi na piersiach rękami, stała Marie. Kpiąco się uśmiechała. Razem poszliśmy do salonu. Mags i Fanny już tam były. Nasza opiekunka odzyskała swój dawny wigor i od razu zapędziła nas przed telewizor. Transmisja już się zaczynała. Najpierw zobaczyliśmy chłopaka z Jedynki. Dostał 10 punktów. Jego partnerka otrzymała 9. Derik dostał 11 a Julie 10. Dzieciaki z Trójki ledwo po 6 punktów. Wtedy spiker powiedział:

- Finnick Odair, Dystrykt Czwarty – dziesięć punktów!

A następnie:

- Marie Headweather, Dystrykt Czwarty – dziewięć punktów!

_______________________________________________________________________________

Rozdział okropny, wiem. Za wszystkie ewentuale błędy przepraszam, ale nie miałam czasu na sprawdzanie. Przepraszam, że ciągle tak znikam, ale zawsze jak mam wenę to dopadają mnie inne zjęcia (pozdrowienia dla zadań domowych) i gdy mi się uda ze wszystkim uporać wena nagle znika. Następny rozdział powinien ukazać się mniej więcej za tydzień może półtora :)

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

piątek, 22 marca 2013

The Versatile Blogger


Każdy nominowany powinien:
- podzękować nominującemu
- pokazać nagrodę na blogu
- ujawnić siedem faktów o sobie
- nominować dziesięć blogów i je o tym poinformować.

Zostałam nominowana przez: http://cato-born-to-die.blogspot.com/
Bzrdzo dziękuję ^.^

Fakty o mnie:
1. Mam 15 lat i chodzę do drugiej klasy Katolickiego Gimnazjum.
2. Uwielbiam siatkówkę, moją ulubioną drużyną jest Skra Bełchatów <3
3. Zawsze interesowałam się pisaniem, uwielbiam też czytać książki.
4. Jestem bardzo przywiązana do moich przyjaciół. Mogę zrobić dla nich wszystko.
5. Doprowadzona do ostateczności potrafię być niezwykle chamska.
6. Uwielbiam przeklinać i nic na to nie poradzę.
7. Poza trylogią o Igrzyskach Śmierci uwielbiam także sagę Harrego Pottera.

Nominuję:
1. http://d1-56th-hunger-games.blogspot.com/

Jeszcze raz dziękuję :)

Olga

czwartek, 21 marca 2013

10.

 Na początek chcę was jeszcze raz przeprosić, że znów zniknęłam. Naprawdę dużo się na mnie ostatnio zwaliło i niestety nie miałam dla was czasu. Po drugie proszę o zaglądanie na świetnego, interesującego bloga o losach Hope Sparks *klik* . Przechodzimy do rozdziału :)

___________________________________________________________________

- Twoja siostra brała udział w Igrzyskach? – zapytała Julie, gdy wróciliśmy do naszych stanowisk.
- Tak. – odpowiedziałem krótko.
- Zmarła?
- Nie.  Wgrała. Kosztem życia dwójki swoich przyjaciół. – zacząłem ćwiczenia. Julie chyba zrozumiała, że nie chcę z nią rozmawiać, bo również zaczęła trenować.

Tego popołudnia byłem bardzo przybity. Nie miałem ochoty na wesołe rozmowy w które Fanny wciąż próbowała mnie wciągać. A smutne, ukradkowe spojrzenia które wciąż rzucała mi Marie wcale nie poprawiały mojego samopoczucia. Wiedziałem jakie jest źródło moich uczuć. Tak samo bezbronny, samotny i przerażony czułem się po śmierci mamy. Po prostu tęskniłem. Za spokojnym życiem w dystrykcie, za morzem, za Annie, za tatą, a przede wszystkim za Rose. Dobrą, kochaną Rose, która mimo wszystkich nieszczęść jakie ją spotkały, mimo jej nienawiści do życia i świata, zawsze znajdowała dla mnie chwilę. Uśmiechała się, pocieszała, radziła. Nie mogłem już wrócić do tamtego życia. Utraciłem je na zawsze w dniu dożynek. Nie liczyło się to, czy wygram Igrzyska. Po nich nic już nie będzie takie samo. Tęskniłem za tym, czego nie mogłem mieć.

Wcześnie się położyłem. Byłem tak wyczerpany, że nawet nie poczułem jak zasypiam.

Gdy obudziłem się rano poczułem, że te kilkanaście godzin snu nic nie zmieniło. Wciąż byłem tak samo otępiały, jak poprzedniego dnia. Wszedłem do łazienki i ochlapałem twarz wodą. Przybrałem sztucznie wesoły wyraz twarzy.

” Musisz sprawiać wrażenie, jakby to wszystko cię bawiło. Było tylko zabawą, rozgrzewką przed grą zwaną Igrzyskami”
przekonywałem sam siebie, że to prawda. Niestety, nie potrafiłem w to uwierzyć, więc niechętnie powlokłem się do jadalni i zjadłem samotne śniadanie. Gdy je kończyłem, do stołu usiadła Marie. Miała podkrążone oczy i rozczochrane włosy.
- Nieprzespana noc? – zagadnąłem ją.
- Zgadnij. – odpowiedziała ponuro i zabrała się do przeżuwania chleba z masłem.

Skończyliśmy jeść i zjechaliśmy do Sali treningowej, gdzie czekali już nasi sprzymierzeńcy. Natychmiast zaczęliśmy trening. Postanowiłem nauczyć się czegoś nowego, chwyciłem więc za łuk – ulubioną broń mojej siostry. Na początku szło mi dość słabo, jednak po kilku godzinach udało mi się to opanować.
- Które to były Igrzyska? – Nagle tuż za mną pojawiła się Julie.
- Pięćdziesiąte szóste.
- Pamiętam! Wtedy w Jedynce wylosowano tego wielkiego chłopaka. Jak on się nazywał…
- Alec.
- Właśnie!
- Wiesz, nie żeby coś, ale ja wolałbym do tego nie wracać. Wystarczy mi, że musiałem to raz przeżyć.
- Spokojnie.- Julie zamilkła. Po chwili dodała jednak – Jeśli cię to interesuje, ja też mam w rodzinie zwycięzcę.
Gdy przetrawiłem tę informację spytałem:
- Kogo?
Julie uśmiechnęła się pod nosem.
- Kuzynkę.
- Które Igrzyska?
- Sześćdziesiąte.
- Nelly Floss? Pamiętam te Igrzyska. Jak ją zabierali z areny miała nóż w brzuchu i brakowało jej trzech palców. Ledwo ją odratowali.
- Tak, ciągle ma bliznę po tym nożu.
- Co dzisiaj ćwiczysz? – zmieniłem temat.
- Chciałam łuk, ale ktoś mi zajął. Więc chyba spróbuję z mieczem.

Wieczorem wróciliśmy na nasze piętra. Przy kolacji rozmowa niezbyt nam się kleiła, ponieważ Fanny koniecznie chciała dowiedzieć czegoś o naszych rodzinach.
- Nie będę się przed tobą uzewnętrzniać, Fanny. Nie jestem u psychologa, tylko w więzieniu! – w pewnej chwili nie wytrzymałem i zacząłem na nią krzyczeć. – Kim ty jesteś, by się nas o to pytać?! Masz tylko pilnować, byśmy nie zrobili nic głupiego! Na tym twoja rola się kończy, nikt tego od ciebie nie wymaga! – nabrałem powietrza, ale nie zdążyłem znów zacząć krzyczeć, gdyż w słowo weszła mi Marie.
- Właśnie, Fanny! A może ty nam opowiesz, jak to jest, co roku poznawać nową parę dzieciaków a potem spokojnie patrzeć na ich śmierć?! Na to, jak rozbijają się ich rodziny, umierają marzenia?!

Zupełnie mnie zatkało. Marie coraz bardziej mnie zaskakiwała, nie spodziewałem się tego po niej.

Zgodnie odeszliśmy od stołu i trzasnęliśmy drzwiami od swoich pokojów.


CZYTASZ = KOMENTUJESZ

wtorek, 26 lutego 2013

9

Na początek chciałabym was poprosić o komentowanie. Chcę wiedzieć, co sądzicie o moim blogu, a nie tylko widzieć stale rosnącą liczbę wyświetleń. Piszcie co wam się mie podoba, co chcielibyście żebym zmieniła, gdzie popełniam błędy.
Jeszcze raz przepraszam, że ostatnio tak żadko wrzucam rozdziały, ale mam ostatnio bardzo dużo zajęć, wię nowe części będą się pojawiać mniej więcej co tydzień. A teraz zaprzaszam na rozdział :D


Popadałem z jednego koszmaru w następny. Budziłem się tylko po to, aby nabrać oddechu i znów zasnąć. W tych nocnych marach widywałem arenę zalaną krwią, która sączyła się z martwych ciał trybutów. Ich nieruchome oczy utkwione na zawsze w ostatniej osobie jaką w życiu widziały. W swoim oprawcy. We mnie.
Znów obudziłem się bez tchu i zlany potem. O szóstej nad ranem. Miałem za sobą całe osiem godzin męki, nie miałem sił, by podnieść powieki, jak miałem sobie poradzić na najważniejszym treningu w moim życiu?
Ostatkiem sił zwlokłem się z łóżka i wszedłem pod prysznic. Chlastałem się po plecach na zmianę lodowatą i wrzącą wodą, aby pobudzić krążenie krwi. Zmyłem z siebie wszystko. Nie tylko lepiący pot, również uczucia i myśli.
Gdy wyszedłem spod prysznica była już ósma. Pomyślałem, że warto było by coś zjeść. Ubrałem się w strój treningowy i poszedłem do jadalni. Marie już tam była.
- Też nie mogłaś spać?
- Nie da się spać, jeśli o szóstej nad ranem ktoś w pokoju obok wciąż leje wodę.
Uniosłem brwi. Jakim cudem słyszała że mam włączony prysznic?
- Twoja łazienka ma wspólną ścianę z moim pokojem. – wyjaśniła smarując sobie tosta dżemem.
- To wiele wyjaśnia. – poszedłem za jej przykładem.
Gdy kończyliśmy posiłek do jadalni weszła Mags z Fanny. Usiadły przy stole, ale żadna z nich nie kwapiła się do jedzenia. Mags patrzyła na nas zatroskanym wzrokiem, a Fanny zdawała się nie zdawać sobie uwagi z naszego istnienia tylko patrzyła przed siebie. W Kapitolu zwykle nie wstaje się tak wcześnie, zapewne jeszcze nie przywykła. Pozostała w tym stanie przez cały ranek.
Punktualnie o dziesiątej weszliśmy do windy i zjechaliśmy na salę treningową. Większość trybutów już tam była, brakowało tylko Jedynki. Nie zdziwiło mnie to. Zawodowcy z tego dystryktu znani byli nie tylko ze swoich zabójczych umiejętności, ale również z buty i złego wychowania. Jedynka weszła na salę w ostatniej chwili.
Punktualnie o dziesiątej dwadzieścia podeszła do nas wysoka, czarnoskóra, ubrana w sportowy strój kobieta. Nazywała się Atala. Po krótce wyjaśniła nam zasady treningów. Gdy tylko skończyła wszyscy rozeszli się do wybranych stanowisk. Przy każdym z nich stały tarcze i stojaki pełne najróżniejszych rodzajów błyszczącej, nowiutkiej i śmiercionośnej broni. Podszedłem prosto do trójzębów. Przyglądałem im się z zachwytem. W Dystrykcie mogliśmy zaledwie marzyć o takiej broni. Po chwili wziąłem jeden z nich do ręki. Był idealnie wywarzony, doskonale leżał w dłoni. Bez zastanowienia cisnąłem nim przez salę, do manekina oddalonego o kilkanaście metrów. Przeszył go na wylot. Gdyby był niczego się nie spodziewającym człowiekiem, na miejscu padł by trupem.
- Całkiem nieźle.
Odwróciłem się. Obok mnie, przy stanowisku z oszczepami stała wysoka, około szesnastoletnia, blondynka. Patrzyła na mnie, a po tym spojrzeniu można było poznać, że ocenia moje szanse.
- Jestem Julie. Z Dystryktu Drugiego.
- Finnick. Czwórka. – uśmiechnąłem się do niej.
- Zamierzasz wygrać?
- Chciałbym. A ty?
- To zależy. Jestem zawodowcem. Powinnam pragnąć zwycięstwa, ale właściwie jest mi wszystko jedno. – jej słowa nie pokrywały się z jej spojrzeniem. Przed chwilą w oczach miała iskierki radości, teraz- pustkę. Jakby już na tym etapie zrezygnowała z tej gry o życie. Bardzo przypominała mi pewną dziewczynę z jej dystryktu, Alice Greenlaw. To właśnie dzięki niej wciąż mam siostrę. W czasie Igrzysk poświęciła swoje życie, by uratować Rosalie.
- Pokaż co potrafisz – Jeszcze raz się do niej uśmiechnąłem. Postanowiłem, że się z nią zaprzyjaźnię.
Zaczęła miotać oszczepem. Trafiała nawet w najodleglejsze cele. Umiała też doskonale walczyć wręcz. Po kilku minutach znów podjąłem trening. Gdy przyszła pora na lunch zgodnie pomaszerowaliśmy do jadalni. Tam usiedliśmy przy stole razem z Marie i chłopakiem z dystryktu Julie – Derikiem. Był wielki jakby na śniadanie, obiad i kolację jadł tylko sterydy. Wzrostem prawie dwukrotnie przewyższał Marie. Mimo swego groźnego wyglądu okazał się być całkiem miły. W ciągu pół godziny dowiedzieliśmy się, że najlepiej walczy mieczem, choć radzi sobie też z nożem i oszczepem. Poza tym, jego największymi atutami niewątpliwie były waga i siła. Mógł by zwalić mnie z nóg posługując się tylko jedną ręką.
- Chciałbym zaproponować wam sojusz. – powiedziałem, gdy wszyscy zaczęli wstawać od stołu. Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem.
- Pewnie. – powiedziała Marie.
- Czemu nie. – gdy Derik również się zgodził, bardzo mi ulżyło. Nie chciał bym mieć go za wroga.
- Oczywiście, że tak. – Julie znów wydawała się być szczęśliwa. –Spróbujemy jeszcze z Jedynką, czy nie?
- Jedynka właśnie zawarła przymierze z Siódemką. – zauważyła Marie.
- W takim razie te Igrzyska będą pełne wrażeń. Aż dwa zawodowe sojusze!
- Dlaczego nie moglibyśmy spróbować sprzymierzyć się też z nimi?
- Znasz moją siostrę, Marie?
- Oczywiście.
- Po tym, co stało się na jej igrzyskach, nie mógł bym się sprzymierzyć z Siódemką.

CZYTASZ = KOMENTUJESZ

niedziela, 17 lutego 2013

8

Na początek chcę wam podziękować. Jest was coraz więcej, a rosnąca liczba wyświetleń motywuje mnie do dalszej pracy. Wiem że długo nic nie dodawałam, ale każdemu może się zdarzyć dłuższy brak weny twórczej, a poprostu nie chciałam wrzucić czegoś, co nie spodoba się ani mnie, ani wam.
Teraz przechodzimy do razdziału :D
_______________________________________
Gdy tylko zeszliśmy z rydwanu Fanny od razu zaatakowała nas swoimi całusami i czułymi słówkami.
- Byliście absolutnie przewspaniali! Cudowni! – nasza opiekunka zachowywała się jak jeden z tych małych, wiecznie podrygujących piesków które niektórzy ludzie trzymają w domu. Mags też uśmiechała się do nas z aprobatą.
Poszliśmy do windy i wjechaliśmy na czwarte piętro.
- Tutaj są wasze pokoje. – Fanny wskazała na drzwi po prawej stronie korytarza. - Odświeżcie się przed kolacją.
Wszedłem do pokoju. Był przestronny i cały w różnych odcieniach niebieskiego. W łazience zmyłem z siebie całą farbę. Wyszedłem z pod prysznica i oparłem się dłońmi o umywalkę. Do tej pory, gdy patrzyłem w lustro, widziałem dość przystojnego, beztroskiego czternastolatka. Teraz wyglądałem, jakbym był o klika lat starszy. To niesamowite, jak jeden dzień może zmienić człowieka.
Wyszedłem z łazienki i usiadłem na łóżku. Jednak nie poczułem się lepiej. W tym pokoju wszystko było zbyt poukładane, zbyt porządne. Ilu trybutów spało na tym łóżku na którym ja siedziałem? Czy była wśród nich moja siostra? Jak zginęli? Nie znałem odpowiedzi na te pytania. gwałtownie zerwałem się z miejsca i chwyciłem w dłoń wazon z kwiatami który stał na szafce nocnej. Zamachnąłem się i cisnąłem nim o przeciwległą ścianę. Rozbił się na milion malutkich kawałeczków. Niektóre z nich wbiły się w moją skórę, jak kawałki lodowego zwierciadła z bajki o Królowej Śniegu. Z niektórych ran popłynęła gęsta, czerwona krew. Nie przejąłem się tym. Usłyszałem płacz. Płacz dwunastolatki.
Zapukałem do drzwi pokoju Marie. Nie odpowiedziała, ale mimo to wszedłem. Siedziała na podłodze. Mała i skulona, co chwilę wstrząsana gwałtownym płaczem.
Nie wiedziałem jak się zachować. Przyklęknąłem obok niej i chwyciłem jej rękę.
- Marie?
Nie odpowiedziała.
- Marie? Co się stało?
- T…to nic takiego. Tylko właśnie sobie uświadomiłam, że naprawdę dwadzieścia trzy osoby zginą w ciągu najbliższych kilku tygodni. – wżęła głęboki oddech – i że jedną z tych osób będę ja.
Podniosła głowę i spojrzała mi w oczy.
- Przeżyje tylko jedna osoba z dwudziestu czterech. I wiesz co, Finnick?
- Tak, Marie?
- Mam nadzieję, że to będziesz ty.
Zaschło mi w ustach. Wstałem i pociągnąłem ją za sobą. Razem poszliśmy do jadalni. Czekała tam na nas Mags, Fanny, nasi styliści i stół pełen jedzenia. Usiedliśmy i zaczęliśmy jeść. Apetyt mi nie dopisywał. Słowa, które wypowiedziała Marie spowodowały że nie byłem w stanie nic przełknąć. Analizowałem je. Bezustannie zastanawiałem się czy żartowała, czy była szczera.
Gdy reszta skończyła jeść, jedna z awoks włączyła telewizor. Na paradzie wypadliśmy całkiem nieźle. O wiele lepiej niż się spodziewałem. Ludzie nas pokochali. Byliśmy młodzi, piękni, wyglądaliśmy na odważnych i gotowych do walki. To się podobało kapitolińczykom.
Gdy transmisja się skończyła, a Fanny sobie poszła, głos zabrała Mags.
- Jutro macie pierwszy dzień treningów. Poszukajcie sobie sojuszników, poćwiczcie, poobserwujcie innych. To, z kim się teraz dogadacie może zadecydować o waszym życiu. Wyśpijcie się. Musicie mieć jutro dużo siły.  

CZYTASZ = KOMENTUJESZ